niedziela, 20 sierpnia 2017

CHAPTER 4: Sojusznik

Daleki Wschód: czas nieznany


            Spróchniałe drewno zaskrzypiało pod jego stopami. Zapach stęchlizny, unoszącej się w powietrzu, stawał się co raz to bardziej intensywny. Zbliżał się do rozkładającego się grobowca martwych szczątków, w którym ludzkie kości mieszały się z nadszarpniętymi ciałami zagryzionych zwierząt. Przysłonił nos i usta skrawkiem swej szaty. Podszedł bliżej i przez chwilę przyglądał się małej, bladej istotce, leżącej na samym szczycie zbiorowego grobu. Dziecko nie miało nawet tygodnia, a już połączyło się z duchami oplatającymi mury tego domostwa. Szakal zaklął pod nosem. Odwrócił się, nie mogąc na nie patrzeć. Nie przywykł do tego widoku. A już na pewno nie do widoku martwego niemowlęcia. Zdjął z siebie pelerynę i przykrył nią ciało. Po tym, natychmiast się wycofał i opuścił ruinę. Zbierało się na deszcz. Gdzieś niedaleko krążył inny Wybraniec. Czuł jego zapach,
a ryzyko, jakie owiało jego postawę natychmiast powaliło na łopatki i jego Przewodnika. Porzucił plan zrównania chatki z ziemią, przy pomocy jedynego żywiołu, jaki szedł z nim w parze. Zerknął, ostatni raz z obrzydzeniem w stronę domku i oddalił się. Przewodnik, w zwierzęcej postaci pognał za nim. Skrywając się między drzewami obserwował, jak jego Pan wyklina pod nosem zabójcę. Uderzył przednimi nogami o ziemię i przebiegł kolejne kilka metrów. Potrząsł głową, na której mieniło się srebrzyste poroże i stanął przed Szakalem.
-Zrozumiałem za pierwszym razem- syknął pod nosem- Nie zawrócę z tej drogi.
-Mówiono mi o twoim upartym duchu, ale nie przypuszczałem że będziesz pchał się pod nóż- odparł jeleń, podążający już przy jego boku.
-Lis był o wiele bardziej uległy- odparł bez namysłu Szakal, zarzucając na głowę kaptur- I mniej gadał. Mógłbyś brać z niego przykład.
-I dlatego zginął, nim zdążył nacieszyć się przewodnictwem. Nie powinieneś na własną rękę szukać mordercy. Zabójstwo innego Wybrańca, powinno wbić ci to do głowy.
-Idź się trykać z innymi jeleniami. Ten Wybraniec, nie miał nawet tygodnia... .
-Ja też nie jestem twoim przewodnikiem od tygodnia i też nie mam zamiaru zginąć.
-Ja nie kazałem ci brać tej roboty. Zawsze możesz iść gonić za sarnami- złapał za sztylet kierując go w stronę Przewodnika. Jeleń spojrzał na niego z pogardą.
-Głupiec- rzucił, wyprzedzając go o dobrych parę metrów.
-Być może- doparł bez najmniejszego wzruszenia.
-Więc jaki jest plan? Iść tam i zginąć?
-Nie. Pakujemy się do najbliższej osady, która jest za rzeką. Uzupełniamy prowiant i idziemy po śladach, które ty, łagodnie mówiąc wyniuchasz. Znajdziemy kretyna, zabijemy i pakujemy manatki; zanim znajdą nas ludzie lub co gorsza, następny Wybraniec.
-Oczywiście. W najgorszym wypadku, zginiemy obaj- tupnął i zatrzymał się- Mógłbyś znaleźć sobie jakieś towarzystwo. Ustatkować się. Jak za czasów Smoczego Króla.
-Masz na myśli czasów, gdzie robiłem za obrońcę uciśnionych i przybłęd? Ja nie potrzebuję towarzystwa. Co najwyżej sojuszników, którzy tak czy inaczej potem giną od mojego miecza.
-Gdybyś lepiej szukał, na pewno... .
-Milcz- powiedział i wyciągnął w jego stronę mały, drewniany, uwiązany na rzemyku wizerunek jelenia- Właź do środka. Ma dość twojego ględzenia- dodał. Jeleń nabrał rozpędu i już po chwili zniknął wewnątrz wisiorka; pozostawiając po sobie jedynie chmurkę błękitnego dymu- Towarzystwo...- prychnął- Czas by wrócił prawdziwy Szakal, a dobry chłopiec schował się tam gdzie jego miejsce. Z tobą czy bez ciebie...- dotknął wisiorka-... zabiję Akirę, nim ktokolwiek zdąży kiwnąć placem.




Góra Sakury, Wioska Upadłych: czas nieznany


              Przeciągnął się, z trudem układając się na zimnej, ubitej ziemi. O tej porze roku, jedynie rozpalone ognisko mogło dać choć trochę ciepła. Przekręcił się na bok, spoglądając na pół nagą kobietę, siedzącą w kącie. Zakryła zapłakaną twarz dłońmi, które pokryte były świeżo zaschniętą krwią i głębokimi ranami. Szakal przewrócił oczami. Nie mógł pojąć, jak kobieta może aż tak ubolewać nad stratą mężczyzny, który już nie jedną, niewinną dziewczynę porzucił w środku nocy; okradając ją ze wszystkiego co miała. Była za miękka, nie zdolna do walki i wychudzona. Irytowało go to jeszcze bardziej, niż brak wdzięczności, za pozbycie się napastnika. Zmienił pozycję, siadając i odwracając się do niej plecami. Wiedział, że to nie rozsądne, tym bardziej że nie wyczuwał w dziewczynie ani trochę człowieczeństwa. Trudno mu było określić jasno sytuację. Ma ją pozostawić i narażać się na odwet z jej strony, czy zabić od razu i potem żałować tego posunięcia; nim dowie się kim tak na prawdę jest. Iskry strzelały z paleniska i lądowały na słomie tuż przed nim. Z każdą minutą, co raz bardziej wahał się, a jego umysł wyprowadzał go w pole. Już od dawna, nie czuł żaru kobiecego ciała. Jego myśli motały się, plącząc wszystko i pchając go powoli w stronę wątłej istoty. Przyłożył dłonie do skroni czując narastający ból. Opuścił prawą rękę, sięgając do boku i chwytając za rączkę miecza. Wyczuł oddech na swojej szyi i dłonie, które zjeżdżały w dół jego torsu. Wysunął nieco ostrze, dzięki czemu postać osunęła się na ziemię nie wiele dalej od niego. Zasyczała. Jej twarz, przysłaniały teraz pasma długich, czarnych włosów, a ciało zwinęło się w kłębek. Zbyt łatwo, można wyprowadzić w pole przypadkowego człowieka. Ale on nie znalazł się tu z przypadku, o czym dobrze wiedziała. Zaklęła coś pod nosem i na czworaka podczołgała się do stolika przy palenisku. Sięgnęła po glinianą misę, w której wiło się coś czego nie mógł określić. Przyłożył naczynie do ust i po chwili przełknęła jego zawartość.
-Kim jesteś?- syknęła- Nie wyczuwam twojej energii. Jesteś czymś demonicznym, nie z tego świata? Kto cię tu przysłał? Przerwałeś mi polowanie.
-Wyświadczyłem ci przysługę, zabijając tego człowieka, Wiedźmo.
-Wiesz kim jestem, lecz ja nie wiem kim jesteś ty. To trochę nie w porządku.
-I takie nie będzie. Nie potrzebne ci moje imię, by działać. A teraz powiedz, gdzie znajdę Scar'a?




Wyspa Ognia: rok 1672


             Jak wielu ludzi, mogło znaleźć się w tamtym rejonie? To pytanie zadawali sobie nie tylko tutejsi korsarze, ale i dzieci; które idąc w ślad za swoimi ojcami przeglądały książki z kolorowymi obrazkami. Rozpruwały mapy, myśląc że między jej plecionymi kartami znajdzie się dowód na istnienie krańca świata. Mając jedynie kawałek węgla i mury okolicznych domów wyrysowywały istoty zamieszkujące morskie jaskinie. Krakeny, ludobójcze rekiny. Niebezpieczne syreny kuszące marynarzy słowiczym śpiewem, wabiąc ich w rozszumiałe fale i topiąc, w najdalszych zakamarkach morskich głębin. Kolejny statek, dzisiejszego dnia przybił do portu. Obładowany królewskim złotem i suknami, które niebawem miały zdobić zamkowe ściany. Nieco wychudzeni mężczyźni zeszli na ląd witając się ze swymi żonami i dziećmi, po dwóch latach rozłąki. Był pośród nich i on. Nie postarzał się ani o dzień. Jego skóra zalśniła w słońcu, zwracając ku sobie uwagę młodej kobiety; która z równie silną determinacją co siłą w dłoniach, jako pierwsza postanowiła go przywitać. Wdzięcznym ruchem rozłożyła karmazynowy wachlarz i przysłoniła nim twarz. Teraz mógł dojrzeć jedynie jej wdzięczne, zielone oczy; które patrzyły na niego z taką dzikością jak jeszcze nigdy przedtem. Zaczęto szeptać, gdy zrobiła pierwszy krok w jego kierunku. Rękaw sukni, którą dzisiaj przywdziała zjechał z ramienia, ukazując charakterystyczne znamię. Speszona natychmiast poprawiła suknię
i znów zatrzepotała rzęsami.
-Spóźniłeś się- powiedziała niby z przekąsem, niby z wyższością.
-Pani wybaczy, ale statek nie jest na moje żądania- zdjął nakrycie z głowy i skłonił jej się- Zaskoczyli nas u wybrzeży. Trzeba, było się bronić.
-To nie tłumaczy twojej, tak długiej nieobecności. Martwiłam się- odparła, kompletnie wypierając to co przed chwilą usłyszała. Tak się składało, że każdy, którego pragnęła zawsze był na jej zawołanie; a on jedyny nie dawał jej tego czego chciała. Opierał się ze skutecznością, dobrze zbudowanego muru, a ona nie mogła już dłużej czekać. Pragnęła go, a serce o mało co nie wyskoczyło jej z piersi.
             Była szanowaną istotą, ale większość miała ją za osobę lekkich obyczajów, jedynie kryjącą się w ciele niewinnej kobiety. Każdy mężczyzna, który zdołał ujrzeć jej kształty wiedział, że jej biodra dość często kołyszą się przy niedogaszonych świecach; a jej łono jest ,,zepsute'' i wykorzystywane w nieodpowiedni dla jej wieku sposób. Gdy inne panny, miały wtedy po trójce dzieci, ona zabawiała się swoim ciałem i bezpłodnością, która jej na to pozwalała. I tym razem, nie miała zamiaru przepuścić okazji okiełznania kolejnego, naiwnego mężczyzny. Ale czy rzeczywiście naiwnego? Przebiegłość leżała w jego naturze.
-Jak się miewają Państwo Moseby? Podobno matka panienki ostatnio niedomaga- on również zignorował jej nadnaturalnie teatralną troskę. Dziewczyna zmrużyła oczy, chcąc przekreślić jego schematyczne postrzeganie jej osoby. Odwrócił wzrok czując zapach świeżego pieczywa.
-Stan jest stabilny- odpowiedziała z wyrzutem- Możliwe, że jeszcze tej nocy nas opuści.
-Wyczekuje Pani tego, jak bezdomny chleba- raczył znów na nią spojrzeć, jednak jego oczy przesiąknięte były wyłącznie lodowatym blaskiem.
-Jeśli tylko, śmierć wniesie coś więcej do mego życia; to chwytam się jej i to bez wahania. I Pan najlepiej powinien o tym wiedzieć. Panie Ji-yong, czyż nie chwytał się Pan śmierci podczas wyprawy na odkrycie tego lądu?
-O innej śmierci tu mowa Amelio Moseby.
-Być może- wycedziła przez zęby. Złożyła wachlarz ukazując swoje blade, aczkolwiek pełne usta. Przygryzła nieco wargę mierząc go wzrokiem- Zdaje się, że po tak dalekiej podróży chciał by Pan odpocząć. Zapraszam zatem na salony. Rodzina na pewno Pana ugości... .
-Nie będzie to konieczne- powiedział z wymuszonym uśmiechem- Przyjaciel już zaoferował mi nocleg i skorzystam z jego uprzejmości.
-To nie była prośba, tylko rozkaz- odparła szybko. Ścisnęła rączkę wachlarza, tak że aż pobielały jej opuszki palców. Zacisnęła szczękę i wpatrywała się w niego z uporem- Zachowując swoją postawę savoir vivre powinien Pan wiedzieć, że kobiecie nie wypada odmówić. Zwracając się do mnie na ,,Pani'', nie zmienisz tego kim jesteś.
-Więc o to chodzi? Powinnaś wiedzieć Amelio, że pomimo tego kim jestem i na jakim szczeblu w społeczeństwie się znajduje, nie zmienisz mojego nastawienia do ciebie. Mówiąc o formule grzecznościowej zapominasz się, że nie wypada się bliżej spoufalać z kobietą w tych czasach. A już na pewno nie dam się usidlić jak reszta Wybrańców, których linię życia skróciłaś swoimi tępymi nożycami.
-Jak śmiesz?!- uniosła rękę, jednak ten chwycił ją za nadgarstek.
-Zobaczysz, że przyjdzie taki dzień, kiedy komuś z nas skończy się cierpliwość i to ty wylądujesz razem ze szczątkami, które własnoręcznie zagrzebałaś- dodał ciszej, widząc ludzi kierujących się w ich stronę. Wśród tłumu gapiów dostrzegł mężczyznę, który podróżował z nim na pokładzie ,,Wyklętej'' i w tym momencie idącemu ku niemu.
-Z kim mamy przyjemność?- zapytała Amelia Moseby ponownie przysłaniając oblicze wachlarzem.
-W tym przypadku Moseby, twoja twarz incognito na wiele się nie zda- odparł mężczyzna. Był dość wysoki. Oczy miał przymrużone. Widać, że od wielu dni nie zaznał snu.
-A wydawało mi się, że nie tylko je utrzymuję ten status- prychnęła- Dong Young-bae. Zdaje się, że nasze drogi miały się już nigdy więcej nie splatać... .
-Spójrzmy prawdzie w oczy. A jednak tu jesteś- wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu- Ciekawi mnie dlaczego jeszcze nie zdechłaś. Zabrakło miejsca w rodzinnym grobie? Upatrzyłaś sobie nowych naiwniaków, którym wmówisz, że jesteś ich zaginioną córką?
-Nie traćmy czasu- przerwał Ji-yong udając się w stronę zaprzężonego powozu. Kiwnął znacząco w stronę Young-bae'a.
-W takim razie, nie mogę powiedzieć nic innego niż... do zobaczenia w piekle- westchnęła zrezygnowana.
-Na pewno tam trafisz- Szakal popatrzył na nią znacząco- Ale my.... to już inna historia.
                   Woźnica ruszył batem konie i skierował powóz w stronę uboższej dzielnicy. Szakal sięgnął do kieszeni płaszcza, po chwili wyjmując z niego sakiewkę.
-Proszę- podał ją mężczyźnie prowadzącemu konie- Niech Pan jedzie na drugi koniec miasta, prosto pod ,,Zakład''- spojrzał na niego znacząco. Mężczyzna zrozumiał przekaz i kiwnął głową zmieniając kurs.
-Jedziemy do niego?- zapytał Young-bae, gdy stracili Amelię Moseby z oczu.
-Tylko on może nam pomóc, w tej sytuacji.
-Teraz wiem, że to było niepotrzebne. Sprowadzenie tutaj tej Wiedźmy, to najgorsze co mogliśmy zrobić.
-Informacje miały swoją cenę. Wtopiła się w otoczenie, a teraz przyszła kolej i na nią. Załatwimy to szybko i po cichu. Scar będzie wiedział co z nią zrobić.





--------------------------------------------------------
Informacja od autorki: Trochę wam mieszam, w tych wszystkich wydarzeniach; ale nikt nie mówił że będzie łatwo :D. Wprowadziłam wam kolejnego bohatera. Przepraszam za ewentualne błędy w tekście i zapraszam do kolejnego rozdziału.

Pozdrawiam, Ichigo.