poniedziałek, 14 sierpnia 2017

CHAPTER 3: Noc Wybrańców

Chiny: 12 grudnia, rok 1402

            Złapał zakrwawioną klingę miecza, która od paru sekund tkwiła w ramieniu zwiadowcy. Wyciągając ją słyszał w uszach jęk konającego wierzchowca; którym już zajęły się bezlitosne wilki, zbiegłe od zapachu świeżego mięsa. Raz po raz, dźwięk szarpnięcia obił mu się po uszach. Schylił się i wyciągnął z martwej dłoni opieczętowany list. Zerwał pieczęć, rozwinął go i czytał; do czasu aż oczy nie napuchły mu ze wściekłości, a z dłoni nie zaczęła sączyć się krew. Rzucił pergamin w płomienie, które wskrzesiła burza idąca od zachodu i szerząca się aż po północna granicę. Wymienił krótkie spojrzenie z największą bestią, która rozproszyła na boki pozostałą resztę stada i ruszył w stronę zrujnowanej osady. Dłonie piekły go, od poczerwieniałych bąbli które zaczęły przenosić się stopniowo na ramiona. Minęło kilka dni, odkąd opuścił ostatni obóz; a kilkadziesiąt lat odkąd pozostawił Smocze Królestwo bez następcy. Miał dosyć, bycia kimś na kogo głowie leżą losy wszystkich ludzi. Dosyć łkań i błagań o pomoc, których i on doświadczał nim został smoczym królem. Ból przeszył mu skroń. Bąble pojawiły się na szyi i dotknęły już płatków uszu. Musiał znaleźć schronienie. Jak najdalej od ludzi, jak najdalej od świata; gdzie przez trzy dni będzie konał
i powracał do życia. Nie był to stan, z którego wychodził bez szwanku. Był to stan, którego pragnął i jednocześnie go nienawidził. Objawiał się on co sto lat. Nie zawsze okrągłych i nie zawsze punktualnych. Dzień przed pierwszym dniem katorgi, jedynie bąble mogły dawać mu się we znaki. Były to godziny, które wykorzystywał na ostatnie pożegnanie ze słońcem i otaczającą go naturą; by potem ukryć się w cieniu. W zamknięciu i samotności. Gdzie przez pierwszy dzień będzie czuł jak krew pulsuje w jego głowie. Przez ciało przebiega siła, która mogła by wykończyć nawet najbardziej wytrzymałego człowieka. Gdzie przez drugi dzień, będzie czuł jak jego wnętrze wykręca mu się w niewyobrażalny sposób, a skóra odchodzi od ciała i zastępuje ją nowa, nieskazitelna i czyta. Gdzie w trzecim dniu, będzie czuł inne powietrze, które będzie piekło go w gardle, nosie i płucach, by wypełnić na nowo krew, która w nim płynie i pozostawić go, na pastwę resztek godzin. Dochodząc do siebie i lecząc się z podłości jego losu.


Chiny: 30 grudnia, rok 1402


             Wciąż tkwił, w jednym punkcie. Pomimo tak długiego upływu czasu, nadal przebywał w zniszczonej chacie. Nie było mowy o nieproszonych gościach. Podróżnicy omijali, to miejsce szerokim łukiem. Zaczęto uważać je za nawiedzone. Gdy podczas dwóch niezapomnianych nocy, gdy on bezsilny umierał i odradzał się w nowej skórze; dwóch mężczyzn przeszło obok słysząc krzyk, który określono mianem ,,wydartego diabłu z gardła''. Nie mógł wtedy zaprzeczyć, że stało się dobrze. Tego dnia, jego ciało znów przeszył ból, którego zaznał jedynie trzy razy w życiu. A ból ten zwiastował odrodzenie się jednego z Wybrańców, bądź narodziny nowego. Nie był długi. Był przelotny, a wtedy na czarnym znaku, który przypominał wypalone piętno, pojawiła się nowa strzałka. Narodziny. Pomyślał i miał rację, gdyż tylko przy narodzinach nowego wybrańca do znaku dochodziła kolejna strzałka. W tym dniu, wielu Wybrańców przeszukiwało tereny Dalekiego Wschodu, by znaleźć i zabić nowo narodzonego. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Gdyż tylko w pierwszych trzech dniach nowo narodzony nie posiadał jeszcze żadnych, szczególnych uzdolnień i tylko wtedy można było się go łatwo pozbyć. Narodziny Nowego Wybrańca, były dniem w którym większość czuła się zagrożona. A każdy z Wybrańców chciał mieć pełnię władzy i nie był zadowolony z konkurencji. Szakal postanowił jednak zostać. Nie mógł się narażać. Nie teraz, gdy księżyc był w kształcie sierpu i dryfował na rozgwieżdżonym niebie. Podszedł bliżej dawnego okna, którego okiennice trzeszczały na ledwo trzymających się zawiasach i spojrzał w górę. W promieniu kilku mil wystrzelono fajerwerki i setki lampionów poszło w chmury. Okrzyki powiedziały mu, że przekroczono barierę czasową i już wkrótce pojawią się nowi Przewodnicy. Nie lubił tych zmian, gdyż zwykle zwiastowało to nowe Przywiązanie, do którego nigdy nie był skłonny. A było to spowodowane tym, że jeszcze w żadnym stuleciu jego Przewodnik, nigdy nie wychodził cało z opresji. To była ich największa słabość. Szakal określał ich mianem samobójców, a było wiadomo że związać się z nim to jak wyznaczyć na siebie datę rychłej śmierci. Jednak żadna z wyższych istot, w które wierzył nie starała sobie tego uświadomić. Zdjął z szyi rzemyk, z miniaturowym wizerunkiem sokoła i cisnął go w ogień. Nieprzyjemny zapach, który uniósł się w powietrze i rozproszył po chatce, dał początek nowemu Przewodnikowi. Już niedługo pierwsze zwierzę, jakie napotka na swojej drodze będzie jego duchowym stróżem.


Chiny: 1 stycznia, rok 1403

           Szturchnął butem ciało nieprzytomnego, pijanego sprzedawcy, który rozwalił się jak deska przed własnym stoiskiem z trunkami. Nie on jeden smacznie odsypiał całonocne świętowanie. Kilku innych dżentelmenów i kobiet o niebanalnym statusie, śpiąc chwiało się przy drewnianych słupkach. Przewrócił oczami nie spodziewając się zbyt dużej reakcji od strony mieszkańców. Czół nieprzyjemny swąd, spalonych dekoracji, których resztki leżały nieopodal fajerwerkowych niewypałów. Spojrzał na poszarpany łańcuch chińskiego smoka, który teraz przypominał wysypisko. Narzucił na głowę kaptur oddalając się. Zdawał się być blisko tutejszego cesarstwa. Słyszał rogi, na których grali myśliwi. Przeskoczył przez pół nagą kobietę i mężczyznę i wkroczył do miejscowej speluny. Ludzie przebywający tam wyglądali, na kompletnie nie dotkniętych alkoholem. Trzymali się sztywno na nogach, rozgrywając kolejne partie gier i planując całonocne penetrowanie zakamarków tutejszych kobiet. Szakal skrzywił się, siadając na wysoki stołku przy barze.
-Potrzebujesz czegoś konkretnego Panie?- zapytał przysadzisty mężczyzna wycierając naczynie, przydymionym kawałkiem materiału.
-Informacji- odparł Szakal. Mężczyzna przyjrzał mu się, samym wzrokiem nalegając na zdjęcie przez niego kaptura.
-Informacji, to tu za wiele nie znajdziesz. Jedynie smród i rozdziewiczone kurtyzany- odparł. Szakal wyjął z kieszeni sakiewkę, w której brzęczała pokaźna suma monet. Rzucił ją barmanowi na blat i czekał- Co chcesz wiedzieć?- mężczyzna zgarnął sakiewkę i włożył ją pod barek.
-Podobno tutejszy cesarz, wydał rozkaz uśmiercenia Szarańczy- powiedział ściszony głosem- Jak duża jest kwota, którą przeznaczył za jego głowę?
-Jesteś najemnikiem?- zapytał podejrzliwie, z drżącymi rękoma nadal wycierając naczynie.
-Jestem prostym człowiekiem, który chce zarobić.
-Siedemset, może osiemset- odparł zgryźliwie.
-Mało, jak na takiego człowieka. W Atyrii dawali za niego sto tysięcy.
-Cesarz jest skąpy i oczyszcza skarbiec państwa na swoje przyjemności. Co tydzień przysyła tu wysłannika, by sprowadził mu do pałacu nowe nałożnice. Nie oszczędza i podwyższa podatki. Dlatego panuje tu taka bieda- powiedział. Szakal milczał, jednak skinieniem ręki dał znak, by mówił trochę ciszej. Kilku mężczyzn z sąsiedniego stolika nastawiło uszy- Podejrzewają, że jest no wiesz...- dodał trochę ciszej.
-I chce ubić Szarańczę?- zapytał, a mężczyzna tylko skinął głową.



Daleki Wschód: dzień i rok nieznany


                Wzeszło słońce, zbudzając go. Przekręcił się, na bok w którym tkwiła jeszcze jego własna strzała. Nie potrafił jej wyjąć, a jego Przewodnik jak na złość kilka dni temu rozpłynął się i nie powrócił. Złapał za jej smukłe wyżłobienia i mocno pociągnął. Poczuł zimny metal ocierający się o jego kości. Utkwiła dość mocno, a do czasu przemiany nic sam nie mógł z nią zrobić. Potrzebował swojego lisiego opiekuna. Zaledwie kilka dni temu stali jeszcze na pobitewnych bagnach, które wznosiły do nieba trujące opary i rozkoszowali się smakiem zwycięstwa. Szakal czuł zaschniętą krew na wargach i kujący w gardło powiew znad bagien. Sięgnął po miecz, dobył go i ruszył w stronę pobojowiska. Łatwiej, by mu było teraz strzelić z łuku niż zabrać się za walkę na ostrza. Nie było to jednak możliwe. Jego łuk i nasączone jadem strzały zniknęły z namiotu, w który obozował; a już niedługo potem jedna z tych strzał tkwiła w jego lewym boku.